Fotografuję od kilkunastu lat, choć prawdziwa przygoda (i chwilowa klęska) rozpoczęły się w tej samej chwili. Teraz nie wyobrażam sobie dłuższego rozstania z aparatem, jednak był czas, w którym niemal porzuciłam fotografię. Ale od początku.

Zawsze, od kiedy pamiętam, zachwycałam się małymi rzeczami. Przyrodą: rosą, mgłą, błyskami piorunów i spiętrzonymi chmurami. Marzyłam o zdjęciach podwodnego życia i o nurkowaniu (choć może w odwrotnej kolejności). Uwielbiałam wiosnę, kiedy to świat daje tak wiele powodów do zachwytów. Wciąż ją uwielbiam i każdego roku tworzę bardzo podobne ujęcia roślin nieśmiało wyglądających z ziemi. Obserwowałam świat i zapisywałam te zdjęcia wyłącznie w mojej pamięci. Nie dysponowałam wówczas jeszcze żadnym aparatem fotograficznym.

Pierwsze MOJE zdjęcia

Pierwsze MOJE zdjęcia zaczęły powstawać, gdy miałam już swój telefon – jeden z prostszych, choć z kolorowym wyświetlaczem. Tak, mocno nieperfekcyjne kadry i słabej jakości zdjęcia (patrząc z perspektywy dzisiejszych smartfonów). Ale były w 100% moje.

W czasie, gdy na świat przyszła mała panna Z. moja przygoda rozpoczęła się na dobre. Zdjęcia telefonem (już przecież nie takim młodym) przestały mi wystarczać. Chciałam zatrzymać każdą najmniejszą chwilę, najdrobniejszy wyraz twarzy, kosmyk włosów sterczący radośnie z czoła. Wtedy w prezencie dostałam mój pierwszy i prawdziwy aparat. Lustrzankę. Amatorską, ale lustrzankę. Byłam najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Miałam poczucie, że od teraz nasz rodzinny album będzie mieszkaniem najpiękniejszych zdjęć, jakie tylko można stworzyć.

Czy dobry aparat robi dobre zdjęcia?

Hmm, tak miało być. Bo przecież dobry aparat wystarczy, by mieć w albumie zupełnie dobre zdjęcia. No bo przecież i obiektyw super, i cały ten aparat jakiś taki magiczny… Z wielkim entuzjazmem zabrałam się za studiowanie instrukcji obsługi. Zawsze twierdziłam, że na fotografii to ja się przecież znam, więc żadna instrukcja nie będzie mi potrzebna. Zmiękłam jednak widząc sporo niezrozumiałych ikonek i symboli nad przyciskami. Przeczytam instrukcję, będę już wszystko wiedziała – taki miałam plan.

Więc studiowałam zaciekle te wszystkie autofokusy, tryby pomiaru światła i preselekcje przysłony. I próbowałam tworzyć i robić MOJE zdjęcia. Ale one nie były moje. Mimo prób i początkowego zapału, nie potrafiłam uchwycić na zdjęciach świata w taki sposób, jak widziały to oczy. Często więc zatrzymywałam się w trybie AUTO, bo tylko w takim ustawieniu zdjęcia mniej więcej wychodziły.

Początek klęski

Malutka rosła, podczas spacerów potrzebowała całej długiej listy akcesoriów. Każde wyjście z domu wiązało się z zabraniem mnóstwa kilogramów zabawek, soczków, smoczków, pieluszek i zapasowych ubranek. Moja śliczna lustrzanka, choć wychuchana i czekająca właśnie na możliwość pracy w terenie, przegrywała często swoim ciężarem i wielkością z akcesoriami małej Z.

W domu też nie było efektów. Pamiętam poranek, kiedy ta mała po raz pierwszy chwyciła oburącz szczebelki łóżeczka i z wielkim uśmiechem wgramoliła się do pozycji półstojącej. Chwiała się na nóżkach, ale była tak szczęśliwa, że musiałam to uchwycić na zdjęciach. Wykonałam ich dobre kilkadziesiąt. Chciałam, żeby były jasne, radosne i pokazujące ten wyjątkowy pierwszy moment. Byłam z siebie dumna! A potem zgrałam zdjęcia na komputer. Na większym ekranie okazało się, że niemal wszystkie są rozmazane.

jak niemal nie porzuciłam fotografii
nieostre zdjęcie

Takie sytuacje pojawiały się dość często i spowodowały, że zwyczajnie się zniechęciłam. Dosłownie porzuciłam aparat na bardzo długie miesiące i niemal porzuciłam fotografię na dobre.

Niemal porzuciłam fotografię

I tu moja historia mogłaby się skończyć. Wiem, że wielu z Was ma podobne doświadczenia. Bo czym jest zwykłe cyknięcie zdjęcia, gdzie tu filozofia? Nasze wyobrażenia o łatwiźnie, skonfrontowane z rzeczywistością zupełnie się rozjeżdża.

Ja się nie poddałam. Gdy pojawiła się panna L. nie chciałam już tracić cennych chwil. Poszukałam pomocy w ujarzmieniu aparatu fotograficznego i wciągnęłam się tak bardzo, że dziś fotografuję nie tylko swoje (już całkiem duże) dzieciaki, ale też tworzę wyjątkowe pamiątki do Waszych rodzinnych albumów.

Nauka fotografii to proces. Proces, który swój początek ma w ciekawości świata. Nie ma jednak drogi na skróty – trzeba poznać kilka zasad, rozszyfrować zawiłe terminologicznie zagadnienia i ćwiczyć.

Nadszedł czas na Ciebie

Dziś czuję, że nadszedł czas, by oddać to, co kiedyś i mnie pozwoliło ruszyć z miejsca. Stąd pomysł na powstanie Kobiektywnej. Kobiektywna Szkoła Fotografii ma pomóc wszystkim pogubionym wrócić na właściwe tory fotograficznej ciekawości. Ma sprawić, że odnajdziesz radość z fotografowania i będziesz to robić na własnych warunkach (a nie warunkach dyktowanych przez tryb AUTO). I ma sprawić, że nigdy nie wpadniesz na pomysł, by porzucić fotografię.

Dlatego dziś jestem do Twojej dyspozycji. Podczas indywidualnych konsultacji on-line wspólnie rozwiążemy Twój fotograficzny problem. Najnowszy ebook „Mistrz Kompozycji” podpowie jak w szybki sposób sprawić, by zdjęcia przyciągały uwagę i były jeszcze lepsze. A w najbliższych miesiącach możesz spodziewać się startu programu szkoleniowego, dzięki któremu – jak ja – ruszysz z kopyta z miejsca.

Nie pozwól, by autofokusy, preselekcje przysłony i czułości matrycy zabrały Ci frajdę z fotografowania.

Niech fotografia będzie z Tobą! 😊



Jeśli chcesz się uczyć z innymi, koniecznie odwiedź grupę KobiektywnaUczy na Facebooku.